Marzec ’68 był w Polsce czasem wyjątkowym. Rosnące niezadowolenie, protesty studentów, kampania antysemicka, wreszcie skreślenia z list studentów, wyrzucanie z pracy, emigracja. Polska po raz kolejny straciła tysiące ludzi, którzy opuścili kraj głównie z powodu wywieranej na nich presji. Jak to się wszystko zaczęło? I co naprawdę się wydarzyło? Dzięki historykom Instytutu Pamięci Narodowej dziś, po 50 latach od tamtych wydarzeń, przypominamy polski marzec 1968.
Sytuacja w Polsce
W drugiej połowie lat 60-tych narastało społeczne niezadowolenie z rządów PZPR pod kierownictwem Władysława Gomułki. Szczególnie silnie złe strony polityki Gomułki odczuwała inteligencja. Trudno było pracować artystom, naukowcom, nauczycielom. Coraz trudniej było nauczać. Ograniczano wolność słowa, kwitła cenzura, a jednocześnie zmniejszano poziom finansowania nauki i kultury. Coraz gorsza była też sytuacja gospodarcza w kraju.
Już w połowie lat 60-tych ludzie zaczęli się buntować. W marcu 1964 r. pojawił się otwarty List 34 – list intelektualistów, będący publicznym protestem przeciwko polityce władz. W 1966 r. po wykluczeniu z PZPR filozofa Leszka Kołakowskiego spora grupa intelektualistów związanych z partią wystąpiła z organizacji. Wielu z nich potem czynnie działało w opozycji.
Jednocześnie w samej partii trwały intensywne rozgrywki wewnętrzne. Pojawiły się w niej frakcje (jedna wokół Mieczysława Moczara, druga wokół Edwarda Gierka), które mogły zagrażać Gomułce.
Nagonka za „obozy zagłady”
Jesienią 1967 r. rozpętano kampanię propagandową wokół Wielkiej Encyklopedii Powszechnej. Pretekstem do nagonki i usunięcia z pracy sporej grupy osób (przeważnie pochodzenia żydowskiego) było rzekomo nieprawidłowe sformułowanie hasła „obozy zagłady”. Autorów oskarżano o umniejszenie martyrologii narodu polskiego, a uwznioślanie martyrologii Żydów. W jaki sposób mieli to zrobić? Encyklopedyści rozróżnili obozy koncentracyjne od obozów zagłady i stwierdzili, że w obozach zagłady ginęli głównie Żydzi. To wystarczyło, by uznać ich za wrogów narodu polskiego i zwolnić z pracy.
Studenccy „komandosi”
W połowie lat 60. na Uniwersytecie Warszawskim studenci utworzyli grupę tzw. „komandosów”. „Komandosi” pojawiali się na oficjalnych zebraniach i zadawali „niewygodne” pytania. Na czele grupy stał Adam Michnik. Sąd dyscyplinarny zajął się nimi jesienią 1965 r. Michnika próbowano też kilkakrotnie usunąć ze studiów.
„Dziady” Dejmka z okazji 50. rocznicy rewolucji październikowej
W listopadzie 1967 r. przypadała 50. rocznica rewolucji październikowej. Oczywiście szykowała się do niej cała Polska, także – Teatr Narodowy w Warszawie. Jego dyrektor, Kazimierz Dejmek, wystawił z tej okazji „Dziady” Adama Mickiewicza, w nowoczesnej inscenizacji. Przedstawienie, choć oparte na dramacie największego polskiego wieszcza, nie spodobało się partii. Nie zezwolono więc na druk pozytywnych recenzji w gazetach – co w zasadzie tylko zwiększyło zainteresowanie przedstawieniem. Widzowie coraz żywiej reagowali na te fragmenty spektaklu, które uznawali za „antyradzieckie”. W efekcie w styczniu 1968 r. zawieszono jego wystawianie.
Po ostatnim przedstawieniu 30 stycznia 1968 r. doszło do manifestacji studentów. Młodzi domagali się zniesienia cenzury i złożyli kwiaty pod pomnikiem Mickiewicza. 35 osób zatrzymano. Cześć z nich kolegia ukarały grzywnami. Studenci zaczęli więc zbierać podpisy w obronie „Dziadów”. Zebrali ich kilka tysięcy.
29 lutego na nadzwyczajnym posiedzeniu zebrał się warszawski oddział Związku Literatów Polskich. Oni także byli zbulwersowani decyzją partii o zawieszeniu spektaklu. ZLP przyjęło oświadczenie, w którym protestowało przeciwko polityce kulturalnej partii. W efekcie partia wielu literatów objęła zakazem druku.
Marzec 1968: protesty studentów
Powoli powstawał efekt kuli śnieżnej. Buntowano się coraz głośniej i coraz liczniej. Władza wciąż usiłowała zapanować nad sytuacją za pomocą represji. 4 marca minister oświaty i szkolnictwa wyższego zdecydował, że z Uniwersytetu Warszawskiego zostaną usunięci Michnik i Szlajfer. To wywołało natychmiastową reakcję studentów, którzy zwołali masowy wiec na 8 marca. W południe na dziedzińcu UW zgromadziło się ok. tysiąca osób. Widząc to władze partyjne przywiozły pod uczelnię „aktyw robotniczy”. Doszło do przepychanek. W końcu studentów pobito. Zrobił to nie sam „aktyw”, do akcji przyłączyły się oddziały ORMO i ZOMO.
Do kolejnych starć doszło 9 i 11 marca. W tym czasie także w innych polskich miastach zaczęli protestować studenci, ale i robotnicy. W całym kraju organizowano zbiórki pieniędzy i żywności dla protestujących. Taka sytuacja trwała aż do 23 marca. Wtedy strajki nagle się załamały.
Protestujący domagali się przede wszystkim zaniechania represji, przywrócenia „Dziadów” i sprostowania propagandowych kłamstw. Szerszy program, z postulatami reform dotyczących wielu dziedzin życia, powstał dopiero po wygaśnięciu protestów. Przyjęto go 28 marca jako Deklarację Ruchu Studenckiego.
Grzywny, więzienie, relegowanie z uczelni, zwolnienia z pracy
Marzec 1968 nie był jedynie protestem akademików. Wśród 2700 osób zatrzymanych tylko ok. 25. proc. stanowili studenci. Spośród aresztowanych większość zwolniono, 60 stanęło przed sądami w trybie przyspieszonym, 697 ukarały kolegia, zaś wobec 540 prowadzono śledztwa, a później obciążono zarzutami. Kary najczęściej wynosiły od kilku miesięcy do roku więzienia, część kar zawieszano. Wyższe wyroki zapadały w procesach „komandosów” – od 1,5 do 3 lat więzienia. Uznani za inspiratorów wydarzeń Jacek Kuroń i Karol Modzelewski (duchowi patroni „komandosów”) zostali skazani na 3,5 roku więzienia. Najwyższy wyrok w kraju – 10 lat więzienia – dostał Jakub Szadaj, lider Gdańskiej Młodzieżowej Grupy Wywiadowczej.
Wielu studentów z powodu udziału w protestach zostało relegowanych z uczelni i nie mogło kontynuować nauki. Dwukrotnie karę w postaci relegowania zastosowano na masową skalę. Na Politechnice Wrocławskiej jednorazowo skreślono 1553 studentów, zaś na Uniwersytecie Warszawskim 1616.
Represje spotykały także pracowników nauki, wspierających studentów. Wielu usunięto z uczelni, innych zmuszono do emigracji. W trybie przyspieszonym awansowali natomiast wtedy ci, którzy wykazywali lojalność wobec PZPR.
